Rodzina Albertich, czyli jak wychować geniusza

Lubię wracać do gawęd Bożeny Fabiani, emitowanych kiedyś w radiowej Dwójce, a później wydanych w formie książek. Niedawno zwróciłam uwagę na taki fragment, dotyczący Leona Baptysty Albertiego:

„W rodzinie Albertich panowała oryginalna tradycja edukacjimłodzieży. Oprócz posyłania dzieci do zwykłej szkoły kształcono je we własnym zakresie w domu. Dziadkowie, stryjowie, rodzice, wszyscy stawali się prywatnymi nauczycielami gromadki młodego pokolenia. Dziadek Baptysty uczył zatem młodych filozofii i matematyki, stryjowie – jeden poezji, drugi – prawa, ojciec – muzyki i gimnastyki. Lekcje były na bardzo wysokim poziomie (…).

Młodym Albertim od dziecka zaszczepiano przede wszystkim głód wiedzy i wartość samokształcenia. Baptysta w ciągu trzech lat sam się perfekcyjnie nauczył łaciny i greki, tak że mógł się swobodnie posługiwać tymi językami. Zresztą wiele swych traktatów napisał po łacinie. Tak więc Alberti wyróżniali się wykształceniem i – co bardzo ważne – również kulturą osobistą. We Włoszech, kiedy chciało się wyrazić uznanie dla czyjegoś poziomu kultury i ogłady osobistej, krążyło nawet powiedzenie, że ten człowiek jest całkiem taki, jakby się urodził i wychował wśród Albertich”.

Edukacja i późniejsze dokonania dają do myślenia, skoro Leon Baptysta Alberti osiągnął biegłość w wielu dziedzinach: sporcie, nauce, znajomości języków, literaturze, sztuce (był nie tylko architektem, ale też malował i rzeźbił). Podobno potrafił też robić buty (skromnie prezentują się wobec tego obecne pomysły DIY, zamieszczane obecnie w internecie). Bardzo podoba mi się to, co pisze Bożena Fabiani o organizowanych przez Albertiego kolacjach, na których:

„Każdy z uczestników musiał wygłosić prelekcję na jakiś temat związany z szeroko pojętą kulturą i nauką, i to tak, żeby nauczyć przyjaciół czegoś wartościowego

Co za ludzie się u niego spotykali! Przecież Alberti przyjaźnił się z Brunellescim, Donatellem, Ucellem, Pierem della Francesca, Filarete… (…)”

Chciałoby się, żeby uroczyste kolacje właśnie tak wyglądały – tzn. żeby coś w ich trakcie powstawało, żeby rozmowa budowała, a nie oznaczała wymiany ogólnych poglądów na sytuację polityczną. Czasem mam ochotę podać gościom zamiast deseru kredki, kartki, kordonki i szydełka (udaje się jednak z klockami i ciastoliną, dobre i to).

Gawędy Bożeny Fabiani są pełne anegdot, które nota bene do przytaczania przy stole nadają się doskonale. Pani Profesor ma poczucie humoru, wyczucie tego, co jest ciekawe, a poza tym mówi pięknym językiem. Dawniej słuchając tych opowieści, zaczynałam niedzielę, teraz, czytając, kończę dzień. Takie bajki dla dorosłych.

 

Reklamy

Romans

Dwie książki spotkały się na dziecięcej półce – jedna moja, zaczytywana przed laty (Zdeněk V. Špinar, Philip J. Currie, Wielkie dinozaury, ilustracje Jan Sovak, tłumaczenie Karol Sabath Warszawski Dom Wydawniczy, Warszawa 1994), druga mojego męża (Zdeněk V. Špinar, Zanim pojawił się człowiek, ilustracje Zdeněk Burian, tłumaczenie Elżbieta i Józef Kaźmierczakowie, Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, Warszawa 1989). Każde z nas wcześniej znało tylko „swoją” książkę. Obie, choć stare, fantastycznie pobudzają dziecięcą (i nie tylko) wyobraźnię. Na przemian zresztą są obecnie zaczytywane, wraz z falami zainteresowania. O drugą z nich (Zanim pojawił się człowiek) martwię się trochę, że może zostać niebawem zaczytana doszczętnie. Lubimy jej bohaterów – wielkiego ptaka nielota (Diatryma), jelenie olbrzymie, trąbowce. Jeśli zaś chodzi o dinozaury, to wielu z nas miało kiedyś swojego ulubionego. Nawet jeśli nauka poszła już daleko do przodu i w niektórych przypadkach nie do końca tak to wyglądało czy nie do końca tak było, nie ma to większego znaczenia. Liczy się wielka przygoda, bo tak się u nas zaczęło nazywać (trochę pretensjonalnie, ale to trafia w sedno) oglądanie tych książek.

Po co księżniczki

Z księżniczkami byłam na bakier. Cóż jednak zrobić, skoro na księżniczki nie sposób było się nie natknąć? Były na ubraniach, książkach, w przedszkolnych rozmowach dziewczynek. Mimo to, starałam się je ignorować, przyzwyczajać córkę do bardziej wymagających ilustracji. Unikać kiczu, po prostu.

Kilka dni temu, oglądając taką kiczowatą bądź co bądź bajkę, pomyślałam, jak przyjemnie było czytać po raz pierwszy powieści Dostojewskiego, Tołstoja. A chyba pierwsze ulubione opowieści to jednak były baśnie, być może w jeszcze bardziej kiczowatej oprawie z lat 90. I Anna Karenina to baśń, co podkreślał Nabokov.

I skoro do Nabokova w tych rozmyślaniach doszłam, przyszedł mi na myśl fragment Splendoru:

„Jeżeli nazwisko rodowe dziadka Martina kwitło w górach, to w tajemniczym nazwisku panieńskim babki pobrzmiewali dalekim echem różni Wołkowowie (Wilkowie), Kunicynowie (Kuniccy) i Biełkinowie (Wiewiórscy), a więc fauna rosyjskich baśni. Dawnymi czasy w naszym kraju grasowała wspaniała zwierzyna. Jednakże Sofia uważała, że rosyjskie baśnie są toporne, okrutne i odrażające, pieśni ludowe bzdurne, a zagadki idiotyczne. Nie bardzo wierzyła w słynną nianię Puszkina, twierdząc, że poeta wymyślił ją wraz z jej bajaniem, robótkami na drutach i zgryzotą. Dlatego Martin nie poznał we wczesnym dzieciństwie świata, który następnie, dzięki pryzmatycznej fali pamięci, mógłby dodać czaru jego życiu. Nie cierpiał wszakże na brak czaru ani nie ubolewał, że bynajmniej nie rosyjski błędny rycerz Rusłan, lecz jego zachodni brat od małego rozbudził w nim wyobraźnię. Jakie to ma jednak znaczenie, skąd pochodzi owo delikatne szturchnięcie, które wprawia duszę w ruch i popycha ją naprzód, aby nigdy nie zaznała spoczynku?” (Vladimir Nabokov, Splendor, tłum. Anna Kołyszko, wyd. Muza, Warszawa 2016, s. 18).

Ostatnie zdanie tego fragmentu jest tak mocne, że można by nim zakończyć, ale przypomniałam sobie sytuację, kiedy moja córka w przedszkolu, na półce innej dziewczynki, znalazła długowłosą lalkę typu Barbie, jak to często bywa, bez ubranka. Oglądała ją chwilę, po czym przypomniała sobie, z czym jej się kojarzy, i zapytała – czy to jest Wenus?

wenus

Powrót

Przerwa w pisaniu była spowodowana długimi spacerami, długimi lekturami i nawałem pracy. Niestety, najbardziej tym ostatnim. Na jakimś szkoleniu, sporo już czasu temu ktoś powtarzał: „najpierw rzeczy najważniejsze”… Zwykle z grubsza się tej zasady trzymam, ale czasem nagle przypominam sobie, że coś ważnego w życiu pomijam. Czasem zupełnie zwyczajne zdarzenie sprawia, że przypominam sobie – trzeba tworzyć, robić wiele, dzielić się. Oczywiście nie chodzi tylko o tę skromną pisaninę.

dscf0283

 

Kastor, czyli DIY dla najmłodszych

Seria książek Larsa Klintinga o bobrze Kastorze urzeka delikatnymi ilustracjami w starym stylu, w które można długo się wpatrywać. Każda część jest zachęca do zrobienia czegoś praktycznego, a także pokazuje, jak robi to bohater. To bardzo dobry pomysł w czasach, kiedy popularne stają się poradniki typu DIY, pokazujące krok po kroku, jak coś wykonać. Coraz częściej chyba odkrywamy, że brakuje nam pewnych umiejętności, dawniej oczywistych dla każdego, i zaczynamy rozumieć, iż bez nich trudno o samodzielność i pełną satysfakcję ze swoich działań. Te książki pokazują piękno pracy i dość zwyczajnych zajęć. Zrobienie skrzynki na narzędzia, upieczenie babki czy posianie fasolki stają się przygodami dnia.

Lars Klinting, Kastor majsterkuje, Kastor piecze, Kastor uprawia fasolkę, tłum. Magdalena Landowska, wyd. Media Rodzina

O chłopcu i Skarpetce, czyli nowa klasyka

zegnaj-skarpetko__420pxrgb_2

Zaczęło się niespodzianką. Moja córka, kiedy zaczynałam czytać jej tę książkę, naprawdę myślała, że to będzie o zgubionej skarpetce (co wydawało jej się pomysłem dość ryzykownym). Tymczasem chodzi o królika – grubego fajtłapę, a może właśnie milczącego myśliciela?

Książka podejmuje trudny temat – dziecięcego okrucieństwa. Czytając o porzuconym przez chłopca w lesie króliku, w pewnym momencie zaczęłam się denerwować – jak autor to rozwiąże? Zakończenie jest jednak wspaniałe, mądre i satysfakcjonujące zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców.

Benjamin Chaud w ciekawy sposób gra z konwencją baśni, nawiązując do klasyki, tworzy nowoczesnego dziecięcego bohatera. Chłopiec jest ciekawie naszkicowaną postacią – ma swoje słabości, ale też jest zdolny do empatii i podjęcia próby naprawienia wyrządzonej krzywdy. Jego problemem jest przy tym samotność. To, z czym musi się zmierzyć, stanowi konsekwencję jego własnych wcześniejszych wyborów.

Opowieść o tym, że czasem zdarza się z bezmyślności zrobić coś, czego potem żałujemy, opowiedziana jest bez cienia moralizowania czy dydaktyzmu. Za to z odpowiednio wyważonym poczuciem humoru.

Książka jest ciekawie wydana – w większym formacie, co pozwala zagłębić się w opowieści i mocniej przeżyć towarzyszące lekturze emocje.

Benjamin Chaud, Żegnaj, Skarpetko!, tłum. Katarzyna Skalska, Zakamarki, Poznań 2015

Nigdy nie mów nigdy

Nie polecam książek. W ogóle – nie lubię polecania. Dlaczego? Zwykle jest ono protekcjonalne i związane z marketingiem – czy to promocją danego tytułu, czy też chęcią pochwalenia się czymś. Poza tym książka, która w danym momencie jest dla kogoś źródłem informacji, pociechy albo olśnieniem, dla innej osoby może być w tej samej chwili obojętna. Co nie znaczy, że za jakiś czas – może za kilka lat – ta sama książka nie stanie się cennym odkryciem.

Dlatego nie zawsze sięgam po nowości (wyjątkiem są reportaże, które dezaktualizują się dość szybko). Natarczywy marketing, sugerujący, że to, co nowe, jest ważne dla nas wszystkich, powoduje, że nie mamy nawet czasu na własne poszukiwania lekturowe.

Nie uważam jednak, że o książkach powinno się milczeć – przeciwnie, powinno się o nich dyskutować, a dyskusje te powinny być gorące, pełne emocji. Powinny skłaniać do poszukiwań. Być może zresztą najciekawsze są te książki, z którymi się nie zgadzamy i które jakoś nas uwierają (czasem przez wiele lat)?

Wyjątek stanowią dzieci w rodzinie – siłą rzeczy, bo przecież nie kupią ani nie wypożyczą sobie książek same. Starszym z nich też czasem coś polecam, kiedy wydaje mi się, że znam coś, co byłoby im potrzebne. Książki są przy tym najlepszym prezentem – mam zasadę, że przy każdej ważniejszej okazji dzieci dostają ode mnie książki.