Kastor, czyli DIY dla najmłodszych

Seria książek Larsa Klintinga o bobrze Kastorze urzeka delikatnymi ilustracjami w starym stylu, w które można długo się wpatrywać. Każda część jest zachęca do zrobienia czegoś praktycznego, a także pokazuje, jak robi to bohater. To bardzo dobry pomysł w czasach, kiedy popularne stają się poradniki typu DIY, pokazujące krok po kroku, jak coś wykonać. Coraz częściej chyba odkrywamy, że brakuje nam pewnych umiejętności, dawniej oczywistych dla każdego, i zaczynamy rozumieć, iż bez nich trudno o samodzielność i pełną satysfakcję ze swoich działań. Te książki pokazują piękno pracy i dość zwyczajnych zajęć. Zrobienie skrzynki na narzędzia, upieczenie babki czy posianie fasolki stają się przygodami dnia.

Lars Klinting, Kastor majsterkuje, Kastor piecze, Kastor uprawia fasolkę, tłum. Magdalena Landowska, wyd. Media Rodzina

Reklamy

Jeszcze jeden, zapomniany, kot

Opowieści o kotach mają u dzieci powodzenie zawsze. Przypomniała mi się więc jeszcze jedna staroć, którą moja córka lubi. O skąpym Bartoszu, sprytnym kocie Filucie i babcinych okularach Janiny Broniewskiej (ilustracje Wanda Orlińska, Nasza Księgarnia, Warszawa 1986), książka o staroświeckim tytule, jest jednak bardzo nowoczesna. Czytając ją, zawsze się zdumiewam, że kot Filut postępuje jak dzisiejszy marketingowiec, walcząc o swoje miejsce. Poza tym to ładna, uniwersalna opowieść o wybaczeniu. Jest ona na tyle ciekawa, że dzieciom nie przeszkadza przygaszona kolorystyka. Zresztą, to miły odpoczynek dla oka.

DSCF0091 (2) DSCF0093 (2) DSCF0096 (2)

 

Znalezisko

Zaczęło się od poszukiwań w piwnicy. Wiedziałam, że gdzieś jeszcze są – stare książki z dzieciństwa, które przetrwały zakusy młodszych dzieci w rodzinie i powódź. Pamiętałam, że coś zostało, ale wcześniej nie miałam ochoty do tego wracać. Zmieniło się to, kiedy moja córka stała się wystarczająco duża. Przeczytałyśmy razem już wszystkie książki dla dzieci w jej wieku z miejscowej biblioteki, oferta księgarni też zaczęła nam się wydawać ciasna.

Przyszedł więc czas na przeszukiwanie piwnicy u rodziców. Nie sądziłam, że zachowało się aż tyle.

Oglądałam to wszystko ze zdumieniem – są w tych książkach ilustracje, w które wpatrywałam się w dzieciństwie długo. Jakoś się one ze mną zrosły. Nawet ich nie pamiętałam, nie mogłam o nich rozmawiać, przywoływać ich z pamięci. A kiedy zobaczyłam je znowu (niektóre może nawet po dwudziestu latach), okazało się, że wszystkie pamiętam. Znowu mnie zahipnotyzowały.

DSCF0094

Moja córka z niechęcią spojrzała na znalezisko. Ze zrozumieniem wysłuchała mnie, kiedy opowiedziałam jej o tym, co mi się podobało kiedyś. Pozwoliła sobie przeczytać parę książek, ale szybko zaczynała się wiercić, rozglądać. Nie chwyciło. A czytamy jej dużo, od pierwszych miesięcy.

Co więc jest nie tak? Różnica pokoleń, inne postrzeganie rzeczywistości?

Wyciągam więc co jakiś czas którąś z tych odrzuconych książek. Czytam fragmenty, ale głównie oglądam (fabuł często zapomniałam, ilustracje musiały być ważniejsze). Wtedy wydaje mi się, że w domu panuje absolutna cisza.

I jeszcze jedna niespodzianka – nie wiedziałam, że te ilustracje, które budzą we mnie największe emocje, są autorstwa Jana Marcina Szancera. A więc:

  • E.T.A. Hoffmann, Dziadek do orzechów, Książka i Wiedza Warszawa 1950
  • Z. Szancerowa, Ulubione bajki. Kopciuszek i królewicz. Przygoda Jasia i Małgosi, Wydawnictwa „Alfa”, Warszawa 1986
  • M. Krüger, Królewna Śnieżka, Nasza Księgarnia, Warszawa 1987

Dodam, że nigdy nie lubiłam większości z tych bajek. Coś mi w nich nie dawało spokoju, uwierało. Jak to jest z literaturą.

 

DSCF0095