Literatura i minimalizm

Jestem minimalistką, ale taką, która nie wyrzuciła książek. Przeciwnie, trochę ich już mam, a wciąż kupuję nowe. Teraz są to nie tylko książki dla dorosłych, ale też dla dzieci. Co więcej, zdarza mi się kupić książkę dziecięcą raczej tylko dla siebie czy głównie dla siebie. W ten sposób nabyłam np. niektóre książki Julii Donaldson („The Snail and the Whale”, „Tabby McCat”) czy niektóre wznowienia staroci wydane przez wydawnictwo Nasza Księgarnia. Często nie mogę się oprzeć pięknym ilustracjom, które też lubię oglądać, czasem sama doczytuję to, co w dzieciństwie jakoś pominęłam, kiedy moja córka już się czytaniem tego nudzi.

Nie jest dla mnie rozwiązaniem czytnik – gromadzę książki, bo do nich wracam. I nikt mi nie powie, że Tomasa Tranströmera da się czytać na czytniku albo kupić jego książkę, kiedy znowu będzie mi potrzebna.

Jestem też więc zbieraczką książek, ale taką, która lubi je pożyczać. Książkę traktuję jak list, wiadomość. Cieszy minie, kiedy jest przekazywana i pomaga coś budować.

Dlatego niedawno ucieszyła mnie informacja, że książka, którą dwa lata temu podarowałam córce znajomych, jest przez nią ciągle lubiana, a nawet dotarła do innych dzieci. Zwłaszcza że jej przekaz w uproszczeniu wyraża właśnie tę myśl. A poza tym to bardzo ładna książeczka (poniżej w nowym wydaniu, z 2016 r., trochę innym niż to podarowane).

usmiech-dla-zabkiP. Wechterowicz, Uśmiech dla żabki, opracowanie graficzne E. Dziubak, Wydawnictwo Ezop, Warszawa 2016.

Romans

Dwie książki spotkały się na dziecięcej półce – jedna moja, zaczytywana przed laty (Zdeněk V. Špinar, Philip J. Currie, Wielkie dinozaury, ilustracje Jan Sovak, tłumaczenie Karol Sabath Warszawski Dom Wydawniczy, Warszawa 1994), druga mojego męża (Zdeněk V. Špinar, Zanim pojawił się człowiek, ilustracje Zdeněk Burian, tłumaczenie Elżbieta i Józef Kaźmierczakowie, Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, Warszawa 1989). Każde z nas wcześniej znało tylko „swoją” książkę. Obie, choć stare, fantastycznie pobudzają dziecięcą (i nie tylko) wyobraźnię. Na przemian zresztą są obecnie zaczytywane, wraz z falami zainteresowania. O drugą z nich (Zanim pojawił się człowiek) martwię się trochę, że może zostać niebawem zaczytana doszczętnie. Lubimy jej bohaterów – wielkiego ptaka nielota (Diatryma), jelenie olbrzymie, trąbowce. Jeśli zaś chodzi o dinozaury, to wielu z nas miało kiedyś swojego ulubionego. Nawet jeśli nauka poszła już daleko do przodu i w niektórych przypadkach nie do końca tak to wyglądało czy nie do końca tak było, nie ma to większego znaczenia. Liczy się wielka przygoda, bo tak się u nas zaczęło nazywać (trochę pretensjonalnie, ale to trafia w sedno) oglądanie tych książek.

Kastor, czyli DIY dla najmłodszych

Seria książek Larsa Klintinga o bobrze Kastorze urzeka delikatnymi ilustracjami w starym stylu, w które można długo się wpatrywać. Każda część jest zachęca do zrobienia czegoś praktycznego, a także pokazuje, jak robi to bohater. To bardzo dobry pomysł w czasach, kiedy popularne stają się poradniki typu DIY, pokazujące krok po kroku, jak coś wykonać. Coraz częściej chyba odkrywamy, że brakuje nam pewnych umiejętności, dawniej oczywistych dla każdego, i zaczynamy rozumieć, iż bez nich trudno o samodzielność i pełną satysfakcję ze swoich działań. Te książki pokazują piękno pracy i dość zwyczajnych zajęć. Zrobienie skrzynki na narzędzia, upieczenie babki czy posianie fasolki stają się przygodami dnia.

Lars Klinting, Kastor majsterkuje, Kastor piecze, Kastor uprawia fasolkę, tłum. Magdalena Landowska, wyd. Media Rodzina

O chłopcu i Skarpetce, czyli nowa klasyka

zegnaj-skarpetko__420pxrgb_2

Zaczęło się niespodzianką. Moja córka, kiedy zaczynałam czytać jej tę książkę, naprawdę myślała, że to będzie o zgubionej skarpetce (co wydawało jej się pomysłem dość ryzykownym). Tymczasem chodzi o królika – grubego fajtłapę, a może właśnie milczącego myśliciela?

Książka podejmuje trudny temat – dziecięcego okrucieństwa. Czytając o porzuconym przez chłopca w lesie króliku, w pewnym momencie zaczęłam się denerwować – jak autor to rozwiąże? Zakończenie jest jednak wspaniałe, mądre i satysfakcjonujące zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców.

Benjamin Chaud w ciekawy sposób gra z konwencją baśni, nawiązując do klasyki, tworzy nowoczesnego dziecięcego bohatera. Chłopiec jest ciekawie naszkicowaną postacią – ma swoje słabości, ale też jest zdolny do empatii i podjęcia próby naprawienia wyrządzonej krzywdy. Jego problemem jest przy tym samotność. To, z czym musi się zmierzyć, stanowi konsekwencję jego własnych wcześniejszych wyborów.

Opowieść o tym, że czasem zdarza się z bezmyślności zrobić coś, czego potem żałujemy, opowiedziana jest bez cienia moralizowania czy dydaktyzmu. Za to z odpowiednio wyważonym poczuciem humoru.

Książka jest ciekawie wydana – w większym formacie, co pozwala zagłębić się w opowieści i mocniej przeżyć towarzyszące lekturze emocje.

Benjamin Chaud, Żegnaj, Skarpetko!, tłum. Katarzyna Skalska, Zakamarki, Poznań 2015

Jeszcze jeden, zapomniany, kot

Opowieści o kotach mają u dzieci powodzenie zawsze. Przypomniała mi się więc jeszcze jedna staroć, którą moja córka lubi. O skąpym Bartoszu, sprytnym kocie Filucie i babcinych okularach Janiny Broniewskiej (ilustracje Wanda Orlińska, Nasza Księgarnia, Warszawa 1986), książka o staroświeckim tytule, jest jednak bardzo nowoczesna. Czytając ją, zawsze się zdumiewam, że kot Filut postępuje jak dzisiejszy marketingowiec, walcząc o swoje miejsce. Poza tym to ładna, uniwersalna opowieść o wybaczeniu. Jest ona na tyle ciekawa, że dzieciom nie przeszkadza przygaszona kolorystyka. Zresztą, to miły odpoczynek dla oka.

DSCF0091 (2) DSCF0093 (2) DSCF0096 (2)

 

Książki, którymi rozmawiamy

Są takie książki, którymi rozmawiamy w domu na co dzień. Jak już pisałam, raczej nie jest to klasyka (wyjątkiem są od zawsze wiersze – głównie Tuwima i Świrszczyńskiej). Tak się bowiem dzieje, że moje dziecko wybiera rzeczy nowsze, a ja nie narzucam – pozwalam mu wybierać, określam tylko pewne ramy (tzn. nie przynoszę do domu tandety). Wspaniale jest się dogadywać – któreś z nas cytuje jakiś fragment, a wszyscy wiemy, z której to książki, albo zastanawiamy się głośno, gdzie to było. Postanowiłam utworzyć listę takich książek.

1. Kici kici miau/little kitty miaow miaow, tłum. Antonina Llyod-Jones, z ilustracjami Józefa Wilkonia, wyd. hokus-pokus. Bardzo lubię tę książeczkę, właśnie ze względu na niesłodkie ilustracje Wilkonia. To tylko dziecięca kołysanka, ale strona po stronie zbudowany jest dzięki nim niezwykły, tajemniczy świat; czytanie jej jest więc bardzo hipnotyzujące, również dla mnie. Wierszyk oczywiście szybko został zapamiętany i jest przywoływany przy różnego rodzaju zabawach, spacerach itd.

kici

 

 

 

 

 

2. Szur szur ćwir plum!, tekst i ilustracje Kitty Crowther, tłum. Maciej Byliniak, wyd. Dwie Siostry. Tu też urzekły mnie najpierw ilustracje. Mimo że nie mieliśmy problemów z nocnymi strachami i nie chciałam ich prowokować, wypożyczyłam tę książkę ze względu na autorkę. Tę książeczkę czytałam dziecku mnóstwo razy, zawsze szeptem, żeby było trochę strasznie.

szur

 

 

 

 

 

 

3. Seria o Pettsonie i Findusie (tekst i ilustracje Sven Nordqvist, tłum. Barbara Hołderna, wyd. Media Rodzina),  Seria o Mamie Mu (tekst Jujja Wieslander, Tomas Wieslander, ilustracje Sven Nordqvist, tłum. Michał Wronek-Piotrowski, wyd. Zakamarki). Najpierw czytaliśmy książki o Mamie Mu, to były w ogóle jedne ze wcześniejszych naszych lektur. Często rozmawiamy o tych książkach, szczególnie na placu zabaw i przy okazji różnych szaleństw albo kiedy robimy coś nieszablonowego. Findus z kolei pomaga przy zasypianiu – to nieco dłuższe opowieści, moja córka bardzo je lubi. Kiedyś w odpowiedzi na pytanie: „pamiętasz, co mi ostatnio obiecywałaś?” usłyszałam: „że nie będę siadać na kominie?”. Poza tym to bardzo oryginalny kot – a kotów w literaturze dziecięcej trochę było. Wszystkie te książki łączy to, że uczą akceptacji – pokazują, że przyjaźń może trwać mimo znacznych różnic.

biedny_pettson main_5_3_1

4. Książka o Mimbli, Muminku i Małej Mi – Co było potem? (tekst i ilustracje Tove Jansson, przekład i kaligrafia Ewa Kozyra-Pawlak). To właściwie jest już ścisła klasyka, ale bardzo nowoczesna. Nowocześnie też jest wydana. Zdumiałam się kiedyś, gdy moje dziecko wyrecytowało mi ten tekst na spacerze, z małymi tylko opuszczeniami.

co było

Uświadomiłam sobie, pisząc ten tekst, że takich książek jest jeszcze dużo więcej. Szczególnie znana seria książek o Franklinie, ale też inne. Z tych jednak czerpiemy szczególnie dużo – może to będą te zapamiętane na lata?

Dobrze się myśli literaturą

Chcąc nawiązać do tego, co napisałam ostatnio, zapożyczyłam tytuł oczywiście od Ryszarda Koziołka, bo trafia w sedno. Opisany przez autora eksperyment, który udowadnia, że w grupie czytających studentów, na kierunku humanistycznym, nie sposób znaleźć dziesięć książek, które wszyscy przeczytali naprawdę, od początku do końca i których fabułę oraz głównych bohaterów pamiętają. Wypada więc pogodzić się z tym, że coś takiego jak kanon, który łączy osoby czytające, staje się pojęciem z przeszłości.

„Wspólnota czytających nie powstaje dziś za sprawą tych samych przeczytanych książek, ale na skutek przekonania, że literaturą myśli się i mówi lepiej niż innymi dyskursami” (R. Koziołek, Dobrze się myśli literaturą, Wydawnictwo Czarne, wyd. 2, Wołowiec 2016, s. 20).

Moje domowe (i nie tylko) doświadczenia potwierdzają tę myśl. Przy okazji książek dziecięcych, kiedy dowiedziałam się, że komiksy z czasów naszego dzieciństwa (pogardzane wtedy przez bibliotekarki i nauczycielki) bywają poszukiwane, zaczęłam się zastanawiać, których książek moje dzieci będą poszukiwały, żeby zobaczyć i przeczytać je znowu, po latach, jeśli zaginą w przeprowadzce lub powodzi. Albo których książek, już w dorosłym wieku, nie będą chciały zwrócić do biblioteki, jak pewna kobieta, która znalazła tam egzemplarz „Słoneczka” M. Buyno-Arctowej (nota bene, popularność tej książki jest zdumiewająca, zob. wypowiedzi czytelników) – lektury jej dzieciństwa?