Jak odkryłam slow life, czyli korzyści z macierzyństwa

dscf0491

Mamo, opowiadaj o Czerwonym Kapturku, który zjadł wilka, a ten wilk był surowy – powiedziało moje dziecko, z błyskiem w oku, późnym wieczorem, kiedy leżało w łóżku i już właściwie powinno spać. Bajki na dobranoc są różne, przeważnie o potworze, który ma różne przygody (np. spotyka Licho), albo o Kościoplutku. Generalnie, ma być strasznie i groteskowo. Czasem trudno mi utrzymać poziom wyznaczony przez temat.

Minęło już sporo czasu, od kiedy ukazał się w „Wysokich Obcasach Extra” felieton Z. Mikołejki, o matkach „wózkowych”, który wywołał burzę. Obserwowałam dyskusję wokół tego tekstu z zaciekawieniem, mając wrażenie, że obie strony się nie zrozumiały, niestety. Profesor nie rozumiał matek, a ci, którzy mu odpowiadali – felietonu.

Zwykle w kontekście rodzicielstwa mówi się o trudach z nim związanych albo o radościach (w tym wypadku czasem z nadmiernym lukrem). Jest to jednak też okres, który może pchnąć rodziców (oboje, nie tylko mamy!) do bardziej intensywnego rozwoju, tworzenia, szukania nowych rozwiązań. W naszym przypadku tak właśnie jest.

Oczywiście, brakuje czasu na dawne pasje. Porzuciłam intensywną naukę języków, entuzjazmowanie się hodowlą roślin pokojowych, dzierganie. Nie czytam już dwóch-trzech książek tygodniowo. Nie dla mnie jest podczytywanie książki, kiedy mieszam zupę. Zamiast tego starannie wybieram to, co chcę przeczytać, zobaczyć, przeżyć. Dawniej uważałam za stan normalny to, że czyta się jedną książkę za drugą, szybko, zachłannie, bez oddechu. Teraz każda książka zapada we mnie głęboko (czasu na przemyślenia też jest więcej, np. kiedy w nocy trzeba trzymać za rączkę, siedząc w fotelu).

Nareszcie mam też pretekst, żeby zagłębić się w literaturze dziecięcej. I ku mojemu zaskoczeniu, o czym pisałam już wcześniej, to, co było atrakcyjne dla mnie kiedyś, nie wydaje się już takie mojej córce. Nie mam więc łatwo. Baśnie okazują się nudne, ciekawsza jest nauka. Jak coś nie jest interesujące, nie poświęcamy temu czasu.

Nauczyłam się też patrzeć pod nogi. Uważnie. Moja córka kocha przyrodę, nie trzeba jej do niej przekonywać. Wprost przeciwnie, to my musimy znajdować w sobie cierpliwość, żeby długo przyglądać się trawiastemu skwerkowi przed blokiem. Wcześniej nie wiedziałam, że te skwerki w miejscowościach niezbyt od siebie oddalonych są aż tak różne! Oczywiście nieznane rośliny trzeba sprawdzić w książkach, nauczyć się ich nazw.

dscf0117

 

Musiałam jeszcze raz przyjrzeć się wszystkiemu wokół, żeby móc coś sensownego o tym powiedzieć. Robimy wycieczki w okolice tak bliskie, że dawniej nie chciało mi się w nie zagłębiać. Zawsze znajdzie się coś do odkrycia.

dscf0078

Teraz muszę przeważnie szybko się decydować. Nie rozmyślam już długo przy wyborze butów, bo w tym czasie moja córka zdążyłaby przymierzyć wszystkie szpilki w sklepie, ku przerażeniu obsługi. Więc szybko. Wybory zwykle są dobre. Więcej czasu zostaje na radość.

dscf0606

 

I to jest właśnie slow life, którego można się nauczyć od dzieci. Bo dla nich te sprawy są oczywiste.

Zdjęcia robimy razem, mamy na spacerach oddzielne aparaty. Stary, niedoceniany aparat cyfrowy może zmotywować do – na pierwszy rzut oka – niezbyt atrakcyjnej wycieczki, nawet nie za miasto. Można go też wykorzystać jako przenośny… mikroskop i połączyć różne pasje.

dscf0085

 

Reklamy

One thought on “Jak odkryłam slow life, czyli korzyści z macierzyństwa

  1. Bardzo pięknie napisane, ja przy dziecku dostrzegłam dopiero sens cytatu „dobrze widzi się tylko sercem” Na pozór to co zwykłe może okazać się niezwykłe, a pomysł z aparatem bardzo ciekawy 🙂 Na pewno kiedys go wykorzystam 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s