Zalety niechcianych prezentów

Mikołajki już niebawem, potem święta. Dzieci piszą listy do Mikołaja. Jako dziecko też pisałam, pod okiem dziadka, i wrzucałam do skrzynki na poczcie, bez znaczka. A jednak u nas tych listów się nie pisze i moja córka w wieku przedszkolnym jest dokładnie poinformowana, co i jak. Zresztą, nie chodzi mi o to, żeby wyuczyć ją na minimalistkę (takie działanie przyniosłoby zresztą, jak sądzę, odwrotny efekt). Nie chcę też zmieniać Waszych domowych tradycji – dlatego publikuję ten tekst tak późno, chociaż mam go w głowie od dawna. Chcę tylko podzielić się myślą, że kiedy dostajemy prezent niezupełnie idealny, może niechciany, to czasem dostajemy tak naprawdę więcej, niż moglibyśmy oczekiwać.

Większość prezentów, które sama dostaję, to nie są rzeczy, o których marzę. Ale nie chciałabym dostawać innych. Znowu paradoks – uważam się za minimalistkę, a nie pozbywam się niechcianych prezentów. Przeglądam się w nich jak w lustrze. Staram się znaleźć dla nich miejsce w moim życiu, co czasem wymaga ode mnie zmierzenia się z uprzedzeniami. A to poszerza granice mojego świata.

Dlaczego więc miałabym odmówić tego mojemu dziecku? Chciałabym, żeby nauczyło się przyjmować nieudane prezenty. Jak już pisałam, wszystkim dzieciom daję książki. Nie zawsze trafiam w gust i zainteresowania, ale nie poczytuję tego sobie za największą życiową porażkę. Czasem do książki trzeba dorosnąć i warto, żeby ona czekała na odpowiednią chwilę na półce. Jeśli jest to dobra rzecz, to na pewno będzie miała choćby swoje pięć minut!

I jeszcze jedno – nie chcę przy choince czuć się jak podczas promocji w supermarkecie: dostać rzeczy takie, jak chcę – za darmo. To jest już dalekie od dziecięcego punktu widzenia, ale próbuję uczyć i pokazywać, że bliscy się starają i nie muszą zawsze odgadywać naszych pragnień! Dobrze, że są sobą. Nie ułatwiam więc rodzinie zakupów – nie dostają od nas listy pomysłów. A jeśli kupią coś różowego, błyszczącego, słodkiego i niepraktycznego, nie będę zgrzytać zębami.

Niech ilustracją do tego tekstu będzie Slaimie (albo Robal). W moim pierwotnym zamyśle miał być potworem, z długimi łapami i bujną czupryną. Okazało się jednak, że mój pomysł nie pokrywał się z pomysłem mojego dziecka. Więc taki został i podobno jest najfajniejszy ze wspólnie zrobionych zabawek.

slaimie

Reklamy

14 thoughts on “Zalety niechcianych prezentów

  1. Cudny robal 🙂 Już czuję, że go lubię.
    Co do prezentów, to zgadzam się, że najlepsze są książki. Zwykle czyta je nie tylko obdarowany, ale i obdarowujący, rodziny tychże, paru znajomych i kilka przypadkowych osób 😉 Dobrym pomysłem, szczególnie dla większych rodzin, są gry planszowe. Świetnie integrują i wzmacniają więzi.
    Podoba mi się to, co napisałaś o prezentach niechcianych – nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale chyba masz sporo racji. Jednak szczerze mówiąc, najbardziej w Twoim tekście zaintrygowało mnie coś innego: czy wszyscy blogerzy są minimalistami?!

    1. Z tym minimalizmem to bardzo ciekawe – pewnie niejeden socjolog się tym już zajmuje 🙂 Szczerze mówiąc, cieszę się, że wpisuję się w tę tendencję – kiedy pierwszy raz usłyszałam o minimalizmie, poczułam się dobrze z tym, że inni mają podobnie jak my 🙂
      A gry planszowe też lubimy, chociaż tu już z umiarem, bo zwykle wszystkie ich elementy trafiają potem do jednego garnka (!), razem z puzzlami zresztą, i potem trzeba to segregować, żeby coś jeszcze z tego było 🙂

  2. Robal niczego sobie. Jak zobaczyłam zdjęcie to myślałam, że to ogórek 😉. U nas tak naprawdę to pierwsze święta kiedy to Antoś bierze w nich udział w pełni świadomy zasad i wierzący w całą magię świąt. Muszę przyznać, że święta z dziećmi majà inny wymiar, czuje się tę magię tradycji i ciepło szczęścia z małych serc. My piszemy list do Mikołaja a następnie ogłaszam skromna zrzitkę na jeden prezent dla dziecka – żeby zminimalizować ich ilość.
    Pozdrawiam

  3. Często zdarza się, że prezenty, które dostaję od znajomych nie są tymi, które bym sobie kupiła. Jednak i tak cieszą, bo są jakby z innej przestrzeni, do której jestem przyzwyczajona. Musi już być coś ewidentnie nie pasującego, abym zdecydowała się to oddać.

  4. To ja jednak jestem terrorsytką.. bo nie znoszę różowego plastiku, brokatu nieproporcjonalnych lalek barbie z conajmniej niestosownym makijażem. Tym bardziej nie lubię kiedy potencjalnym odbiorcą ma zostać moja córka. Moim zdaniem w dużej mierze przekazujemy dziecku wyczucie stylu lub jego brak.. dlatego dbam o to aby teraz kiedy jest mała i mogę to zrobić przekazać jej jak najwięcej „nas” we wszystkim co robimy i co nas otacza. W przyszłości co z tego „weźmie jako swoje” lub zmieni/doda to zależy już tylko od niej. Pozdrawiam!

  5. Nie bardzo rozumiem te zalety, które zapowiadasz w tytule. Zaleta jest, że? mierzysz się z uprzedzeniami i uczysz dziecko że nie zawsze się otrzymuje to co się chce?
    Ja staram się poznać tego komu daję prezent i zazwyczaj trafiam w gust, no chyba że jest to kompletnie bezpieczna osoba to wybieram coś „bezpiecznego”.

    1. Kiedyś wpisywałam dedykacje, ale ostatnio tego nie robię, bo wyobrażam sobie, że książka może trafić do biblioteki. Ale z drugiej strony, czasem znajduję takie książki, które np. dostałam w podstawówce jako nagrodę – bez dedykacji nie pamiętałabym, skąd je mam 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s