O pasjach. Same pytania

W ostatnim „Tygodniku Powszechnym” ( z 27.11.2016 r., nr 48)  w wywiadzie Błażeja Strzelczyka z Adrianą Piwowarską, pt. „Budujemy Arkę” przeczytałam takie, frapujące, słowa papieża Franciszka, które skierował on do bezdomnych:

„Pasje i marzenia to dwa słowa, które mogą nam być pomocne. Pasje niekiedy powodują ból, zastawiają pułapki, w środku i na zewnątrz; pasja może być chorobliwa. Są tysiące pasji. Ale z pasją można też iść na przód. To jest dobra pasja. Taka pasja pozwala nam marzyć. Ten, kto nie potrafi już marzyć, kto nie potrafi realizować swoich pasji, staje się ubogi, ale jest to ubóstwo inne niż wasze. Nigdy nie możecie przestać marzyć. O czym marzy ubogi, o czym marzy bezdomny, nie wiem. Ale marzcie nadal. Marzyliście, by pewnego dnia przyjechać do Rzymu, i to marzenie się ziściło. Marzcie, że świat może się zmienić. Jest to ziarno, które rodzi się w waszym sercu”.

O co Papieżowi chodzi? Czytam te słowa raz po raz i nie rozumiem. Może to kwestia przekładu, języka, ale może nie. Zaczęłam szukać przykładów takich chorobliwych pasji, przyszły mi do głowy gry, marnowanie zbyt wielkich pokładów energii przy przeglądaniu internetu, może hazard. Pomyślałam też o książce Asne Seierstad „Jeden z nas. Opowieść o Norwegii” – i ten trop trochę mnie uspokoił; to może być odpowiedź.

Mam jednak wrażenie, że moje odpowiedzi wciąż są zbyt proste. W dodatku w wielu sytuacjach, które przyszły mi do głowy, nie chodziłoby już nawet o pasję, tylko raczej o uzależnienie. Poza tym, czy chorobliwe może być też tworzenie, budowanie, czy tylko bierne interesowanie się czymś? Jak rozumieć te słowa?

Reklamy

Literatura i minimalizm

Jestem minimalistką, ale taką, która nie wyrzuciła książek. Przeciwnie, trochę ich już mam, a wciąż kupuję nowe. Teraz są to nie tylko książki dla dorosłych, ale też dla dzieci. Co więcej, zdarza mi się kupić książkę dziecięcą raczej tylko dla siebie czy głównie dla siebie. W ten sposób nabyłam np. niektóre książki Julii Donaldson („The Snail and the Whale”, „Tabby McCat”) czy niektóre wznowienia staroci wydane przez wydawnictwo Nasza Księgarnia. Często nie mogę się oprzeć pięknym ilustracjom, które też lubię oglądać, czasem sama doczytuję to, co w dzieciństwie jakoś pominęłam, kiedy moja córka już się czytaniem tego nudzi.

Nie jest dla mnie rozwiązaniem czytnik – gromadzę książki, bo do nich wracam. I nikt mi nie powie, że Tomasa Tranströmera da się czytać na czytniku albo kupić jego książkę, kiedy znowu będzie mi potrzebna.

Jestem też więc zbieraczką książek, ale taką, która lubi je pożyczać. Książkę traktuję jak list, wiadomość. Cieszy minie, kiedy jest przekazywana i pomaga coś budować.

Dlatego niedawno ucieszyła mnie informacja, że książka, którą dwa lata temu podarowałam córce znajomych, jest przez nią ciągle lubiana, a nawet dotarła do innych dzieci. Zwłaszcza że jej przekaz w uproszczeniu wyraża właśnie tę myśl. A poza tym to bardzo ładna książeczka (poniżej w nowym wydaniu, z 2016 r., trochę innym niż to podarowane).

usmiech-dla-zabkiP. Wechterowicz, Uśmiech dla żabki, opracowanie graficzne E. Dziubak, Wydawnictwo Ezop, Warszawa 2016.

Rodzina Albertich, czyli jak wychować geniusza

Lubię wracać do gawęd Bożeny Fabiani, emitowanych kiedyś w radiowej Dwójce, a później wydanych w formie książek. Niedawno zwróciłam uwagę na taki fragment, dotyczący Leona Baptysty Albertiego:

„W rodzinie Albertich panowała oryginalna tradycja edukacjimłodzieży. Oprócz posyłania dzieci do zwykłej szkoły kształcono je we własnym zakresie w domu. Dziadkowie, stryjowie, rodzice, wszyscy stawali się prywatnymi nauczycielami gromadki młodego pokolenia. Dziadek Baptysty uczył zatem młodych filozofii i matematyki, stryjowie – jeden poezji, drugi – prawa, ojciec – muzyki i gimnastyki. Lekcje były na bardzo wysokim poziomie (…).

Młodym Albertim od dziecka zaszczepiano przede wszystkim głód wiedzy i wartość samokształcenia. Baptysta w ciągu trzech lat sam się perfekcyjnie nauczył łaciny i greki, tak że mógł się swobodnie posługiwać tymi językami. Zresztą wiele swych traktatów napisał po łacinie. Tak więc Alberti wyróżniali się wykształceniem i – co bardzo ważne – również kulturą osobistą. We Włoszech, kiedy chciało się wyrazić uznanie dla czyjegoś poziomu kultury i ogłady osobistej, krążyło nawet powiedzenie, że ten człowiek jest całkiem taki, jakby się urodził i wychował wśród Albertich”.

Edukacja i późniejsze dokonania dają do myślenia, skoro Leon Baptysta Alberti osiągnął biegłość w wielu dziedzinach: sporcie, nauce, znajomości języków, literaturze, sztuce (był nie tylko architektem, ale też malował i rzeźbił). Podobno potrafił też robić buty (skromnie prezentują się wobec tego obecne pomysły DIY, zamieszczane obecnie w internecie). Bardzo podoba mi się to, co pisze Bożena Fabiani o organizowanych przez Albertiego kolacjach, na których:

„Każdy z uczestników musiał wygłosić prelekcję na jakiś temat związany z szeroko pojętą kulturą i nauką, i to tak, żeby nauczyć przyjaciół czegoś wartościowego

Co za ludzie się u niego spotykali! Przecież Alberti przyjaźnił się z Brunellescim, Donatellem, Ucellem, Pierem della Francesca, Filarete… (…)”

Chciałoby się, żeby uroczyste kolacje właśnie tak wyglądały – tzn. żeby coś w ich trakcie powstawało, żeby rozmowa budowała, a nie oznaczała wymiany ogólnych poglądów na sytuację polityczną. Czasem mam ochotę podać gościom zamiast deseru kredki, kartki, kordonki i szydełka (udaje się jednak z klockami i ciastoliną, dobre i to).

Gawędy Bożeny Fabiani są pełne anegdot, które nota bene do przytaczania przy stole nadają się doskonale. Pani Profesor ma poczucie humoru, wyczucie tego, co jest ciekawe, a poza tym mówi pięknym językiem. Dawniej słuchając tych opowieści, zaczynałam niedzielę, teraz, czytając, kończę dzień. Takie bajki dla dorosłych.

 

Romans

Dwie książki spotkały się na dziecięcej półce – jedna moja, zaczytywana przed laty (Zdeněk V. Špinar, Philip J. Currie, Wielkie dinozaury, ilustracje Jan Sovak, tłumaczenie Karol Sabath Warszawski Dom Wydawniczy, Warszawa 1994), druga mojego męża (Zdeněk V. Špinar, Zanim pojawił się człowiek, ilustracje Zdeněk Burian, tłumaczenie Elżbieta i Józef Kaźmierczakowie, Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, Warszawa 1989). Każde z nas wcześniej znało tylko „swoją” książkę. Obie, choć stare, fantastycznie pobudzają dziecięcą (i nie tylko) wyobraźnię. Na przemian zresztą są obecnie zaczytywane, wraz z falami zainteresowania. O drugą z nich (Zanim pojawił się człowiek) martwię się trochę, że może zostać niebawem zaczytana doszczętnie. Lubimy jej bohaterów – wielkiego ptaka nielota (Diatryma), jelenie olbrzymie, trąbowce. Jeśli zaś chodzi o dinozaury, to wielu z nas miało kiedyś swojego ulubionego. Nawet jeśli nauka poszła już daleko do przodu i w niektórych przypadkach nie do końca tak to wyglądało czy nie do końca tak było, nie ma to większego znaczenia. Liczy się wielka przygoda, bo tak się u nas zaczęło nazywać (trochę pretensjonalnie, ale to trafia w sedno) oglądanie tych książek.

Po co księżniczki

Z księżniczkami byłam na bakier. Cóż jednak zrobić, skoro na księżniczki nie sposób było się nie natknąć? Były na ubraniach, książkach, w przedszkolnych rozmowach dziewczynek. Mimo to, starałam się je ignorować, przyzwyczajać córkę do bardziej wymagających ilustracji. Unikać kiczu, po prostu.

Kilka dni temu, oglądając taką kiczowatą bądź co bądź bajkę, pomyślałam, jak przyjemnie było czytać po raz pierwszy powieści Dostojewskiego, Tołstoja. A chyba pierwsze ulubione opowieści to jednak były baśnie, być może w jeszcze bardziej kiczowatej oprawie z lat 90. I Anna Karenina to baśń, co podkreślał Nabokov.

I skoro do Nabokova w tych rozmyślaniach doszłam, przyszedł mi na myśl fragment Splendoru:

„Jeżeli nazwisko rodowe dziadka Martina kwitło w górach, to w tajemniczym nazwisku panieńskim babki pobrzmiewali dalekim echem różni Wołkowowie (Wilkowie), Kunicynowie (Kuniccy) i Biełkinowie (Wiewiórscy), a więc fauna rosyjskich baśni. Dawnymi czasy w naszym kraju grasowała wspaniała zwierzyna. Jednakże Sofia uważała, że rosyjskie baśnie są toporne, okrutne i odrażające, pieśni ludowe bzdurne, a zagadki idiotyczne. Nie bardzo wierzyła w słynną nianię Puszkina, twierdząc, że poeta wymyślił ją wraz z jej bajaniem, robótkami na drutach i zgryzotą. Dlatego Martin nie poznał we wczesnym dzieciństwie świata, który następnie, dzięki pryzmatycznej fali pamięci, mógłby dodać czaru jego życiu. Nie cierpiał wszakże na brak czaru ani nie ubolewał, że bynajmniej nie rosyjski błędny rycerz Rusłan, lecz jego zachodni brat od małego rozbudził w nim wyobraźnię. Jakie to ma jednak znaczenie, skąd pochodzi owo delikatne szturchnięcie, które wprawia duszę w ruch i popycha ją naprzód, aby nigdy nie zaznała spoczynku?” (Vladimir Nabokov, Splendor, tłum. Anna Kołyszko, wyd. Muza, Warszawa 2016, s. 18).

Ostatnie zdanie tego fragmentu jest tak mocne, że można by nim zakończyć, ale przypomniałam sobie sytuację, kiedy moja córka w przedszkolu, na półce innej dziewczynki, znalazła długowłosą lalkę typu Barbie, jak to często bywa, bez ubranka. Oglądała ją chwilę, po czym przypomniała sobie, z czym jej się kojarzy, i zapytała – czy to jest Wenus?

wenus

Powrót

Przerwa w pisaniu była spowodowana długimi spacerami, długimi lekturami i nawałem pracy. Niestety, najbardziej tym ostatnim. Na jakimś szkoleniu, sporo już czasu temu ktoś powtarzał: „najpierw rzeczy najważniejsze”… Zwykle z grubsza się tej zasady trzymam, ale czasem nagle przypominam sobie, że coś ważnego w życiu pomijam. Czasem zupełnie zwyczajne zdarzenie sprawia, że przypominam sobie – trzeba tworzyć, robić wiele, dzielić się. Oczywiście nie chodzi tylko o tę skromną pisaninę.

dscf0283