Savoir vivré na placu zabaw

W tygodniu, kiedy spędzam popołudnie na placu zabaw, często ich widuję. Są zapracowani, głodnych, zmęczeni. Nie zdążyli jeszcze oderwać się myślami od pracy, w której pewnie wielu rzeczy nie udało się dokończyć, a następnego dnia – sami nie wiedzą, jak sobie z tym wszystkim poradzą. Potem były korki w upale. Po powrocie do domu zebrali resztki silnej woli, bo dzieci nie powinny spędzać letnich dni w domu, i wyszli na plac zabaw.

Zwykle są to mamy, ojcowie jednak też. Czasem na ławce w parku szybko coś zjedzą, a czasem wyproszą u dziecka powrót na kolację o właściwej porze.

Ich poświęcenie jest piękne. Właśnie mamy zdają się mieć poczucie winy, spowodowane tym, że tyle godzin spędzają poza domem, a wspólne poranki upływają w takim pośpiechu. Nic dziwnego zatem, że chcą spędzić ten czas właśnie razem z dzieckiem.

Tu jednak pojawia się pewien problem – kiedy bowiem dzieci bawią się z pragnącymi coś nadrobić rodzicami, to nie bawią się z rówieśnikami. Nie wchodzą w relacje, a jeśli już im się to uda, słyszą od rodziców „nie zabieraj”, „podziel się”, „oddaj zabawkę”. Zmęczeni rodzice nie chcą awantur. Kiedy mimo to zabawa z rówieśnikiem się rozkręca, dzieci słyszą, że trzeba już wracać.

Dlatego budzi się we mnie czasem nostalgia za podwórkami, na których dzieci bawiły się ze sobą, a przez dorosłych były jedynie dyskretnie pilnowane. Warto też dodać, że matki zajmujące się tylko domem i tak nie spędzały czasu na zabawie z dziećmi. W każdym razie – statystycznie – miały go dla nich mniej niż matki, które pracują poza domem.

Myślę, że warto czasem oddać dzieciom tę część dzieciństwa. Niech będą czasem bezczelne i dzikie.

Tylko jak tu się bawić, kiedy ciągle słyszą coś na swój temat? Matki lubią rozmawiać o dzieciach, ale nawet jeśli nie jest to obgadywanie, tylko np. ogólna rozmowa o przedszkolach w okolicy, to i tak dzieciaki tego słuchają. Nikt nie chciałby, żeby ciągle rozmawiano o tym, co zjadł, a czego nie, albo czy rano miewa dobry czy zły humor.

O czym więc z prawie obcymi rodzicami rozmawiać? Może o wakacjach? Tych przeszłych, planowanych albo odkładanych na później. Od tego tematu można swobodnie przejść do znacznie ciekawszych – o świecie, o tym, co kto widział, przeczytał. Jeśli dla dzieciaków te tematy będą nudne, to tym lepiej – zajmą się wreszcie tym, co powinny na placu zabaw robić – zabawą i rozrabianiem.

Reklamy

O idealnym rodzicielstwie

Levitt_Freakonomiaok_500px

„Jaki rodzic jest doskonały?” – taki tytuł nosi jeden z rozdziałów książki S.D. Levitta i S.J. Dubnera Freakonomia. Świat od podszewki (wydawnictwo Znak literanova, Kraków 2011). Autorzy postawili w nim pytanie o to, jakie znaczenie naprawdę mają rodzice w kształtowaniu osobowości ich dzieci. Za tym pytaniem idą inne, bardzo ciekawe obecnie – jak ważny jest wybór właściwej szkoły? Jaki wpływ mają nasze rodzicielskie postawy na to, czy dziecko będzie odnosiło sukcesy w szkole? Czy czytając dziecku książki, sprawimy, że będzie ono sięgało po nie w przyszłości?

Odpowiedzi na te pytania są niejednoznaczne, kontrowersyjne i skłaniające do dyskusji. Przede wszystkim jednak zalecające ostrożność wobec tych wszystkich nowinek edukacyjnych, które mają zmienić dziecko w geniusza. Na niektórych mogą wręcz podziałać jak kubeł zimnej wody. Autorzy dochodzą bowiem do wniosku, że znaczenie ma to, jacy rodzice są, a nie to, co robią. Obrazowo pokazuje to stwierdzenie, że „nadopiekuńczy rodzic bardzo przypomina polityka, który wierzy, że pieniądze zapewnią wygraną w wyborach, podczas gdy w rzeczywistości żadne pieniądze nie pomogą zwyciężyć kandydatowi, który nie podoba się wyborcom”.

Mnie najbardziej zainteresowała część o książkach i czytelnictwie. Wynika z niej, że ani regularne chodzenie z dzieckiem do biblioteki, ani kupowanie książek i wspólne czytanie nie sprawią, że wyrośnie z niego czytelnik. Liczy się postawa rodziców. Tych rodziców, którzy (przechodząc już na nasze podwórko, bo autorzy książki bazują na badaniach amerykańskich, ściśle związanych z tamtejszą kulturą i stylem życia) nie mają czasu po książkę sięgnąć, bo pracy biorą na siebie dużo: trzeba przecież opłacić kolejne kursy, prywatne przedszkola, kupić wspierające kreatywność i inteligencję gadżety…

Tekst zachęca więc do większego dystansu wobec własnej rodzicielskiej niedoskonałości: na pytanie „pobawisz się ze mną?” można też odpowiedzieć: „teraz nie, bo chcę poczytać”.

Jeszcze jeden, zapomniany, kot

Opowieści o kotach mają u dzieci powodzenie zawsze. Przypomniała mi się więc jeszcze jedna staroć, którą moja córka lubi. O skąpym Bartoszu, sprytnym kocie Filucie i babcinych okularach Janiny Broniewskiej (ilustracje Wanda Orlińska, Nasza Księgarnia, Warszawa 1986), książka o staroświeckim tytule, jest jednak bardzo nowoczesna. Czytając ją, zawsze się zdumiewam, że kot Filut postępuje jak dzisiejszy marketingowiec, walcząc o swoje miejsce. Poza tym to ładna, uniwersalna opowieść o wybaczeniu. Jest ona na tyle ciekawa, że dzieciom nie przeszkadza przygaszona kolorystyka. Zresztą, to miły odpoczynek dla oka.

DSCF0091 (2) DSCF0093 (2) DSCF0096 (2)

 

Książki, którymi rozmawiamy

Są takie książki, którymi rozmawiamy w domu na co dzień. Jak już pisałam, raczej nie jest to klasyka (wyjątkiem są od zawsze wiersze – głównie Tuwima i Świrszczyńskiej). Tak się bowiem dzieje, że moje dziecko wybiera rzeczy nowsze, a ja nie narzucam – pozwalam mu wybierać, określam tylko pewne ramy (tzn. nie przynoszę do domu tandety). Wspaniale jest się dogadywać – któreś z nas cytuje jakiś fragment, a wszyscy wiemy, z której to książki, albo zastanawiamy się głośno, gdzie to było. Postanowiłam utworzyć listę takich książek.

1. Kici kici miau/little kitty miaow miaow, tłum. Antonina Llyod-Jones, z ilustracjami Józefa Wilkonia, wyd. hokus-pokus. Bardzo lubię tę książeczkę, właśnie ze względu na niesłodkie ilustracje Wilkonia. To tylko dziecięca kołysanka, ale strona po stronie zbudowany jest dzięki nim niezwykły, tajemniczy świat; czytanie jej jest więc bardzo hipnotyzujące, również dla mnie. Wierszyk oczywiście szybko został zapamiętany i jest przywoływany przy różnego rodzaju zabawach, spacerach itd.

kici

 

 

 

 

 

2. Szur szur ćwir plum!, tekst i ilustracje Kitty Crowther, tłum. Maciej Byliniak, wyd. Dwie Siostry. Tu też urzekły mnie najpierw ilustracje. Mimo że nie mieliśmy problemów z nocnymi strachami i nie chciałam ich prowokować, wypożyczyłam tę książkę ze względu na autorkę. Tę książeczkę czytałam dziecku mnóstwo razy, zawsze szeptem, żeby było trochę strasznie.

szur

 

 

 

 

 

 

3. Seria o Pettsonie i Findusie (tekst i ilustracje Sven Nordqvist, tłum. Barbara Hołderna, wyd. Media Rodzina),  Seria o Mamie Mu (tekst Jujja Wieslander, Tomas Wieslander, ilustracje Sven Nordqvist, tłum. Michał Wronek-Piotrowski, wyd. Zakamarki). Najpierw czytaliśmy książki o Mamie Mu, to były w ogóle jedne ze wcześniejszych naszych lektur. Często rozmawiamy o tych książkach, szczególnie na placu zabaw i przy okazji różnych szaleństw albo kiedy robimy coś nieszablonowego. Findus z kolei pomaga przy zasypianiu – to nieco dłuższe opowieści, moja córka bardzo je lubi. Kiedyś w odpowiedzi na pytanie: „pamiętasz, co mi ostatnio obiecywałaś?” usłyszałam: „że nie będę siadać na kominie?”. Poza tym to bardzo oryginalny kot – a kotów w literaturze dziecięcej trochę było. Wszystkie te książki łączy to, że uczą akceptacji – pokazują, że przyjaźń może trwać mimo znacznych różnic.

biedny_pettson main_5_3_1

4. Książka o Mimbli, Muminku i Małej Mi – Co było potem? (tekst i ilustracje Tove Jansson, przekład i kaligrafia Ewa Kozyra-Pawlak). To właściwie jest już ścisła klasyka, ale bardzo nowoczesna. Nowocześnie też jest wydana. Zdumiałam się kiedyś, gdy moje dziecko wyrecytowało mi ten tekst na spacerze, z małymi tylko opuszczeniami.

co było

Uświadomiłam sobie, pisząc ten tekst, że takich książek jest jeszcze dużo więcej. Szczególnie znana seria książek o Franklinie, ale też inne. Z tych jednak czerpiemy szczególnie dużo – może to będą te zapamiętane na lata?

Dobrze się myśli literaturą

Chcąc nawiązać do tego, co napisałam ostatnio, zapożyczyłam tytuł oczywiście od Ryszarda Koziołka, bo trafia w sedno. Opisany przez autora eksperyment, który udowadnia, że w grupie czytających studentów, na kierunku humanistycznym, nie sposób znaleźć dziesięć książek, które wszyscy przeczytali naprawdę, od początku do końca i których fabułę oraz głównych bohaterów pamiętają. Wypada więc pogodzić się z tym, że coś takiego jak kanon, który łączy osoby czytające, staje się pojęciem z przeszłości.

„Wspólnota czytających nie powstaje dziś za sprawą tych samych przeczytanych książek, ale na skutek przekonania, że literaturą myśli się i mówi lepiej niż innymi dyskursami” (R. Koziołek, Dobrze się myśli literaturą, Wydawnictwo Czarne, wyd. 2, Wołowiec 2016, s. 20).

Moje domowe (i nie tylko) doświadczenia potwierdzają tę myśl. Przy okazji książek dziecięcych, kiedy dowiedziałam się, że komiksy z czasów naszego dzieciństwa (pogardzane wtedy przez bibliotekarki i nauczycielki) bywają poszukiwane, zaczęłam się zastanawiać, których książek moje dzieci będą poszukiwały, żeby zobaczyć i przeczytać je znowu, po latach, jeśli zaginą w przeprowadzce lub powodzi. Albo których książek, już w dorosłym wieku, nie będą chciały zwrócić do biblioteki, jak pewna kobieta, która znalazła tam egzemplarz „Słoneczka” M. Buyno-Arctowej (nota bene, popularność tej książki jest zdumiewająca, zob. wypowiedzi czytelników) – lektury jej dzieciństwa?

 

Znalezisko

Zaczęło się od poszukiwań w piwnicy. Wiedziałam, że gdzieś jeszcze są – stare książki z dzieciństwa, które przetrwały zakusy młodszych dzieci w rodzinie i powódź. Pamiętałam, że coś zostało, ale wcześniej nie miałam ochoty do tego wracać. Zmieniło się to, kiedy moja córka stała się wystarczająco duża. Przeczytałyśmy razem już wszystkie książki dla dzieci w jej wieku z miejscowej biblioteki, oferta księgarni też zaczęła nam się wydawać ciasna.

Przyszedł więc czas na przeszukiwanie piwnicy u rodziców. Nie sądziłam, że zachowało się aż tyle.

Oglądałam to wszystko ze zdumieniem – są w tych książkach ilustracje, w które wpatrywałam się w dzieciństwie długo. Jakoś się one ze mną zrosły. Nawet ich nie pamiętałam, nie mogłam o nich rozmawiać, przywoływać ich z pamięci. A kiedy zobaczyłam je znowu (niektóre może nawet po dwudziestu latach), okazało się, że wszystkie pamiętam. Znowu mnie zahipnotyzowały.

DSCF0094

Moja córka z niechęcią spojrzała na znalezisko. Ze zrozumieniem wysłuchała mnie, kiedy opowiedziałam jej o tym, co mi się podobało kiedyś. Pozwoliła sobie przeczytać parę książek, ale szybko zaczynała się wiercić, rozglądać. Nie chwyciło. A czytamy jej dużo, od pierwszych miesięcy.

Co więc jest nie tak? Różnica pokoleń, inne postrzeganie rzeczywistości?

Wyciągam więc co jakiś czas którąś z tych odrzuconych książek. Czytam fragmenty, ale głównie oglądam (fabuł często zapomniałam, ilustracje musiały być ważniejsze). Wtedy wydaje mi się, że w domu panuje absolutna cisza.

I jeszcze jedna niespodzianka – nie wiedziałam, że te ilustracje, które budzą we mnie największe emocje, są autorstwa Jana Marcina Szancera. A więc:

  • E.T.A. Hoffmann, Dziadek do orzechów, Książka i Wiedza Warszawa 1950
  • Z. Szancerowa, Ulubione bajki. Kopciuszek i królewicz. Przygoda Jasia i Małgosi, Wydawnictwa „Alfa”, Warszawa 1986
  • M. Krüger, Królewna Śnieżka, Nasza Księgarnia, Warszawa 1987

Dodam, że nigdy nie lubiłam większości z tych bajek. Coś mi w nich nie dawało spokoju, uwierało. Jak to jest z literaturą.

 

DSCF0095